poniedziałek, 28 października 2019

𝕂𝕒𝕥𝕒𝕣𝕫𝕪𝕟𝕒 ℙ𝕦𝕫𝕪ń𝕤𝕜𝕒 ℙ𝕠𝕜𝕣𝕫𝕪𝕜 - 𝕤𝕖𝕣𝕚𝕒 𝕫 ℙ𝕠𝕕𝕘ó𝕣𝕤𝕜𝕚𝕞- 𝕣𝕖𝕔𝕖𝕟𝕫𝕛𝕒

𝕂𝕒𝕥𝕒𝕣𝕫𝕪𝕟𝕒  ℙ𝕦𝕫𝕪ń𝕤𝕜𝕒 ℙ𝕠𝕜𝕣𝕫𝕪𝕜 - 𝕤𝕖𝕣𝕚𝕒 𝕫 ℙ𝕠𝕕𝕘ó𝕣𝕤𝕜𝕚𝕞- 𝕣𝕖𝕔𝕖𝕟𝕫𝕛𝕒
Czytacie serię Kasi Puzyńskiej o Podgórskim, Kopp, Strzałkowskiej i całej reszcie? Ja uwielbiam wszystkie części. Moja miłość do tych książek wynika chyba też z tego, że czytając, odwiedzam przy okazji okolice, które często odwiedzałam jako młoda dziewczyna. Bachotek, gdzie jeździliśmy z moim ówczesnym chłopakiem (teraz mężem) na biwaki. Brodnica, którą odwiedzam do dziś (mam tu chrześniaczkę). Poza tym to, wszystko dzieje się 50 km od mojego Działdowa, to wiecie prawie już jak u mnie.:)
Co tym razem wymyśliła autorka? Powiem wam tylko tyle, że wyszedł z tego rollercoaster i to taki mega.







Fabuła:
Zaczynamy mocno, bo od tego, że Klementyna Kopp (moja ulubiona bohaterka) jest widziana na miejscu zbrodni. Ofiara to starsza kobieta, która ginie podczas kąpieli. Nie wiadomo w zasadzie, czy jest to zabójstwo, bo kobieta umiera porażona prądem od suszarki, której używała podczas kąpieli. Można by przypuszczać, że gdyby nie to, że widziana była tam Kopp, to uznałoby to za nieszczęśliwy wypadek, a tak…
Daniel podgórski oczywiście nie wierzy, że jego przyjaciółka mogłaby popełnić taką zbrodnię. Z racji tego, że zostaje odsunięty od śledztwa, postanawia na własną rękę szukać odpowiedzi na nurtujące go pytania. Co znajdzie? Czy Klementyna jest faktycznie niewinna? Jaki jest jej udział w sprawie?
„Pokrzyk” to już 11 z części cyklu o komisarzu Podgórskim i Lipowa. Kolejna i tak samo, jak pozostałe części dobra. Wszystko jest tu jak zwykle przemyślane, dopracowane i dopięte na ostatni guzik. Uwielbiam bohaterów, którzy są bardzo dobrze wykreowani. Każdy z nich jest bardzo charakterystyczny. Są oczywiście tacy, których lubię bardziej i tacy, którzy mi trochę działają na nerwy. Jednak uważam, że każdy z nich świetnie spełnia swoją funkcję i idealnie dopełnia całość.
Co zatem autorka przygotowała dla nas autorka tym razem. Tego oczywiście Wam nie zdradzę. Powiem wam tylko, że tym razem nie wszyscy okażą się ideałami. To zapewne spowodowało, że czytałam i zastanawiałam się co będzie dalej. Jak to się wszystko rozwiąże.
I tym razem Puzyńska nie zawiodła mnie, jeśli chodzi o przygotowanie intrygi i wszystkich szczegółów z nią związanych. Tym razem znowu zostałam przechytrzona przez autorkę i kiedy już myślałam, że wiem, ups okazywało się jednak, że nie tym razem.
Podoba mi się to, że muszę uważnie śledzić każdy watek, żeby niczego nie przeoczyć, lubię być zaskakiwana, a Kasia Puzyńska potrafi zaskoczyć ilością i jakością zabójstw, ich pomysłowością. Lubię też wielowątkowość w jej powieściach. Zmusza to mnie (pewnie was też) do uważnego czytania i łączenia ze sobą kolejnych elementów tej zagmatwanej układani. Tak kochani, bo tu każdy element jest ważny, nie ma tu nic takiego, co jest nikomu do niczego niepotrzebne. Tu wszystko ma swój cel czasami to kolejny element układanki a czasami to chęć zadziałania na nasze emocje.






Podsumowanie:
Książka jak zwykle nie należy do cieniasów. Liczy sobie ponad 600 stron, jednak nie ma się co przerażać, czyta się ją błyskawicznie.
Polecam bardzo, bardzo serdecznie.

ℑ𝔩𝔬𝔫𝔞 𝔊𝔬łę𝔟𝔦𝔢𝔴𝔰𝔨𝔞 𝔓𝔬𝔷𝔴ó𝔩 𝔪𝔦 𝔨𝔬𝔠𝔥𝔞ć- 𝔯𝔢𝔠𝔢𝔫𝔷𝔧𝔞

ℑ𝔩𝔬𝔫𝔞 𝔊𝔬łę𝔟𝔦𝔢𝔴𝔰𝔨𝔞 𝔓𝔬𝔷𝔴ó𝔩 𝔪𝔦 𝔨𝔬𝔠𝔥𝔞ć- 𝔯𝔢𝔠𝔢𝔫𝔷𝔧𝔞
Ilona Gołębiewska, o ile mnie pamięć nie myli to moje drugie spotkanie z tą pisarką. Pierwsze było średnio udane, jednak postanowiłam zrobić drugie podejście.





Jesteście ciekawi, co z tego wynikło? Zapraszam do przeczytania recenzji.
Postacie:
Sabina – główna bohaterka
Leszek – jeden z gości dworku
Emil – zarządca dworu
Aniela – matka Sabiny
Klara – córka Sabiny
Znachor – zielarz

Fabuła:
Sabina Horczyńska profesor chemii, naukowiec, zostaje oskarżona na konferencji prasowej dotyczącej jej badań na temat składu leków, o współpracę z  jednym z koncernów farmaceutycznych oraz o przyjęcie łapówki. Sprawa trafia oczywiście do prokuratora, Sabina z depresją do psychoterapeuty.
Kiedy kobieta jest już na skraju wyczerpania nerwowego, jej córka Klara wpada na pomysł, żeby ta pod nieobecność Anieli – swojej matki, babki Klary, pojechała na Lipowe Wzgórze.
Sabina jest skłócona ze swoją matką, jednak kiedy dowiaduje się, że ta wyjeżdża w podróż, po namyśle postanawia zamieszkać w dworku i tam odpocząć od wszystkich złych ludzi i wydarzeń, które są dla niej traumatyczne.
Po przyjeździe Sabina próbuje poukładać swoje sprawy i uporać się z przeszłością. Czekaj ją jeszcze kilka spraw w sądzie, ale kobieta ma nadzieję, że pobyt w tak cudownym miejscu ukoi nerwy i pozwoli jakoś przetrwać te dni do rozprawy.
O dziwo, pobyt okazuje się bardzo udanym pomysłem. Kobieta powoli dochodzi do siebie, zaczyna też interesować się zielarstwem i odkrywać dary, które szykuje dla nas natura.
To nie wszystkie niespodzianki, jakie przygotowała dla nas czytelników autorka.
Jednak nie będę wam psuła przyjemności i … oczywiście nic nie powiem.
Jest to powieść w zasadzie poświęcona losom Sabiny, jej dziadka i matki. Jednak jest to też opowieść o tym, jak trudne czasami bywają relacje rodzinne. Tu ciągłe napięcie między kobietami doprowadza do kłótni i niepotrzebnych scysji. Wynika to z ich bardzo silnych osobowości, obie są uparte, obie uważają, że mają rację. Żadna nie chce odpuścić.
Ilona Gołębiewska przypomina nam tu również bardzo ważną rzecz, mianowicie przewrotność losu. Dziś masz wszystko, jutro nie masz nic, dlatego warto, doceniać to, co mamy. To, co najważniejsze pielęgnować.
Zauroczyły mnie również piękne opisy, przez chwilę poczułam się jakbym była w dworku, poczułam zapach lip i ciepłe promienie słońca.
Jest to książka przepełniona uczuciami zarówno tymi dobrymi, jak i tymi trochę gorszymi. Na szczęście te dobre jak zawsze okazują się silniejsze.
Ciekawostką są dołączone przepisy na ziołowe mieszanki, które pomogą nam zadbać o urodę.




Podsumowanie:
Tym razem moja przygoda z książką Ilony Gołębiewskiej okazała się bardzo ciekawa i satysfakcjonująca. Polecam serdecznie. Jeśli nie macie pomysłu na prezent dla przyjaciółki, to już wiecie co kupić.
Zachęcam i polecam serdecznie.



wtorek, 22 października 2019

𝔎𝔰𝔷𝔱𝔞ł𝔱 𝔫𝔬𝔠𝔶 𝔗𝔢𝔰𝔰 𝔊𝔢𝔯𝔯𝔦𝔱𝔰𝔢𝔫 -𝔯𝔢𝔠𝔢𝔫𝔷𝔧𝔞

𝔎𝔰𝔷𝔱𝔞ł𝔱 𝔫𝔬𝔠𝔶 𝔗𝔢𝔰𝔰 𝔊𝔢𝔯𝔯𝔦𝔱𝔰𝔢𝔫 -𝔯𝔢𝔠𝔢𝔫𝔷𝔧𝔞
Uwielbiam Tess Gerritsen i jej medyczne kryminały. Nie czytałam, żadnych recenzji „Kształtów nocy” dlatego tez spodziewałam się jak zwykle u tej autorki, lekarzy, szpitala, patologa itp.
A tu okazało się, że to coś zupełnie nowego, innego. Jaki to gatunek, powiedziałabym, że to hybryda, łączy w sobie kryminał, erotyk, fantasy.
Czy jednak nie jest tak, że co za dużo to niezdrowo?




 





Postaci:
Ava- główna bohaterka
Dawny właściciel domu – duch
Fabuła:
Ava młoda kobieta, która wynajmuje, zdawać by się mogło, zaciszny i spokojny dom, w którym zamierza dokończyć swoją książkę kucharską, oraz uciec od przeszłości.
Dom jest piękny w środku, jednak początkowo odpycha Avę. Jednak kiedy kobieta wchodzi do środka, ma wrażenie, że dom ją zaakceptował. Nie wiemy, jaką tajemnice skrywa kobieta, jednak mieszkańcy miasteczka też są bardzo skryci, więc nikt się nie wtrąca do jej życia. Okazuje się jednak, że dom nie jest całkiem opustoszały, przebywa w nim ktoś…
Nie będę wam psuła niespodzianki, więc nie powiem.
Tak w zasadzie ciężko pisać tu o fabule nie zdradzając szczegółów, które są istotne i budują atmosferę książki.
No właśnie atmosfera to właśnie to, co robi całą robotę w tej powieści.
To ona powoduje, że nie możemy się doczekać, co będzie dalej. Budowanie napięcia, manipulowanie naszymi emocjami to najlepszy element całej historii. Wielowątkowość, która daje duże pole do popisu, jeśli chodzi o emocje wzbudzane w czytelniku. Wyciszenie miesza się ze sporym napięciem co się dalej stanie, strach z erotyką.
Autorka świetnie kreuje swoje postacie, są charakterystyczne i od początku dają się lubić.
Lubię książki, które mają elementy spirytystyczne, a poniew
aż tu takowe są, więc byłam usatysfakcjonowana.






Podsumowanie:
Powiem tak, jestem fanką Tess, na początku byłam trochę zdziwiona, bo to przecież nie to, czego się spodziewałam. Jednak każda kolejna strona coraz bardziej wciągała i pochłaniała. Coraz bardziej przekonywała, że to ta sama Tess tyle, że trochę inny gatunek literacki.
Mnie to nie przeszkadzało. Jestem jak najbardziej na tak.

Polecam.

niedziela, 20 października 2019

𝔖𝔭𝔢ł𝔫𝔦𝔬𝔫𝔶 𝔰𝔢𝔫 ℑ𝔷𝔞𝔟𝔢𝔩𝔩𝔞 𝔉𝔯ą𝔠𝔷𝔶𝔨 - 𝔯𝔢𝔠𝔢𝔫𝔷𝔧𝔞

𝔖𝔭𝔢ł𝔫𝔦𝔬𝔫𝔶 𝔰𝔢𝔫 ℑ𝔷𝔞𝔟𝔢𝔩𝔩𝔞 𝔉𝔯ą𝔠𝔷𝔶𝔨 - 𝔯𝔢𝔠𝔢𝔫𝔷𝔧𝔞
Izabela Frączyk to moje tegoroczne odkrycie, autorka, na której książki czekam z niecierpliwością, która jeszcze mnie nie zawiodła. Czy i tym razem książka okazał się dobra? A może już mi się przejadło i nie sięgnę więcej po jej powieści?
Przekonacie się, jeśli dotrwacie do końca tej recenzji.



Postacie:
Beata – główna bohaterka. Właśnie wybiera się do Częstochowy, żeby zająć się ciocią
Robert – chłopak Beaty
Witek – właściciel restauracji i sklepu ogrodniczego
Julka – pisarka, u której Beata wynajmuje domek

Fabuła:
Kiedy właściciele firmy, w której pracuje Beata, zostają aresztowani, a firma upada,  postanawia wyjechać do Częstochowy, do swojej nielubianej ciotki. To jak jej się wydaje jedyna perspektywa, która w jej obecnej sytuacji może ją uratować.
Podróż jak to zwykle bywa, obfituje w różne przygody. Jedną z nich jest pobyt na pewnej małej stacji benzynowej. Tam poznaje ludzi, którzy proponują jej pracę. Kobieta początkowo odmawia, jednak po dotarciu do ciotki, która okazuje się bardziej zgorzkniała, niż było wcześniej, Beata wraca na stację benzynową. Początkowo powrót związany jest, z tym że zostawia tam portfel. Jednak po odzyskaniu swojej zguby oraz ponownej propozycji pracy kobieta postanawia skorzystać z propozycji i przyjmuje ofertę pracy.
Mówi się, że sen w nowym miejscu się sprawdza, pytanie tylko, kiedy? Dlaczego pisze tu o śnie, a no dlatego, ze Beata w nowym miejscu ma sen. Nie jest to sen z tych co to chcielibyśmy, żeby się spełnił. Nie napiszę jednak o co chodzi, bo przeciez nikt nie lubi spojlerów. Prawda?



Beata spodobała mi się od razu. To kobieta stanowcza, twardo stąpająca po ziemi, wydawać by się mogło, że wie czego, chce.
Jednak tu życie postanawia spłatać jej małego figla i usypia jej czujność.
Jej perypetie są opisane bardzo realistycznie, myślę, że spokojnie taka Beata mogłaby istnieć w realnym życiu.
Książa napisana w bardzo lekkim języku. Czyta się piorunem, lekka i bardzo przyjemna historia, pochłania nas od samego początku bez reszty. Taka idealna lektura na weekend.
Autorce udaje się stworzyć historię, która odbiega od oklepanych schematów obyczajówek.

Podsumowanie.
Polecam, polecam, polecam.
Dla mnie jak zwykle idealna lektura, żeby trochę zapomnieć o pracy, obowiązkach itd.
Można już zacząć myśleć o gwiazdkowych prezentach, a ta książka to idealny prezent dla kobiety, która lubi powieści obyczajowe.

wtorek, 15 października 2019

𝒫𝒮 𝒦𝑜𝒸𝒽𝒶𝓂 𝒞𝒾ę 𝓃𝒶 𝓏𝒶𝓌𝓈𝓏𝑒 𝒞𝑒𝒸𝑒𝓁𝒾𝒶 𝒜𝒽𝑒𝓇𝓃 - 𝓇𝑒𝒸𝑒𝓃𝓏𝒿𝒶

𝒫𝒮 𝒦𝑜𝒸𝒽𝒶𝓂 𝒞𝒾ę 𝓃𝒶 𝓏𝒶𝓌𝓈𝓏𝑒 𝒞𝑒𝒸𝑒𝓁𝒾𝒶 𝒜𝒽𝑒𝓇𝓃 - 𝓇𝑒𝒸𝑒𝓃𝓏𝒿𝒶
Kontynuacja książki „P.S. Kocham Cię” nie powiem, miałam pewne obawy, kiedy okazało się, że pojawiła się kolejna część bądź co bądź klasyka.
Wiecie, jak to jest z tymi kolejnymi częściami, czasami wydaje się, że są na siłę, niekoniecznie potrzebne i niekoniecznie fajne.
Może jednak ten okaże się spoko – pomyślałam.
Przeczytałam!






Bohaterowie:
Holly – bohaterka pierwszej i drugiej części
Gabriel – nowy facet Holly
Klub P.S. Kocham Cię.

Fabuła:
Kiedy czyta się pierwszą część, ma się wrażenie, że dominującym uczuciem jest współczucie dla głównej bohaterki. Listy pozostawione jej przez zmarłego męża są wzruszające, ale zarazem przypominają nam, że nie ma go już, zabrała go podstępna choroba.
W kontynuacji „P.S. Kocham Cię na zawsze” w zasadzie też krążymy wokół chorych osób, jednak wydźwięk tego jest zupełnie inny. Bardziej pozytywny.
Zatem kim są członkowie klubu. Początkowo to natrętni ludzie, którzy nachodzą biedną Holly, po tym, jak ta nagrała podcast o listach, które dostawała od Gerry’ego. Kobieta nie ma ochoty uczestniczyć w spotkaniach klubu, boi się, że wrócą jej wspomnienia, że pogrąży się znowu w żałobie, przypomną jej się wszystkie chwile, które spędziła z mężem, podczas jego choroby. Kiedy dowiaduje się, że powstał klub, gdzie śmiertelnie chorzy ludzie chcą powielić pomysł jej męża, odmawia pomocy. Jest przekonana, że nie chce do tego wracać, że to już zamknięty rozdział w jej życiu. Wiadomo jednak, że czasami los płata nam figle i podejmuje za nas zupełnie inne decyzje, niż byśmy chcieli.
Holly niechcący zostaje jednak zaangażowana w życie tych ludzi.
Jest to dla niej swego rodzaju terapia, skupianie się tym razem nie na sobie tylko na tym, co przezywał jej mąż, kiedy przygotowywał dla niej listy. Okazuje się, że żeby poczuć bliskość swojego męża, nie jest jej potrzebny ich dom, ich rzeczy, czasami trzeba się oderwać od swoich spraw, żeby poczuć coś niesamowitego.
Dzięki pomocy w klubie Holly uświadamia sobie, że jednak nie do końca pozamykała swoje sprawy związane z żałoba i to ma duży wpływ na jej relacje z Gabrielem.
Zakończenie, no cóż, to była dla mnie niespodzianka i dla was niech również zostanie niespodzianką.







Podsumowanie:

Uff nie zawiodłam się, warto przeczytać, tyle Wam powiem.

środa, 9 października 2019

𝔎𝔱𝔬 𝔰𝔦ę ś𝔪𝔦𝔢𝔧𝔢 𝔬𝔰𝔱𝔞𝔱𝔫𝔦 𝔄𝔪𝔶 𝔊𝔢𝔫𝔱𝔯𝔶 - 𝔯𝔢𝔠𝔢𝔫𝔷𝔧𝔞

𝔎𝔱𝔬 𝔰𝔦ę ś𝔪𝔦𝔢𝔧𝔢 𝔬𝔰𝔱𝔞𝔱𝔫𝔦 𝔄𝔪𝔶 𝔊𝔢𝔫𝔱𝔯𝔶 - 𝔯𝔢𝔠𝔢𝔫𝔷𝔧𝔞
Stend-up, to coś uwielbiam. Lubię kabarety, ale zdecydowanie wolę rozmowy z komikami na żywo. W zasadzie wszystko się może wtedy zdarzyć. Nigdy nie wiemy, co nas czeka. Dlatego bardzo zainteresowała mnie ta książka.









Postacie:

Dana – Głowna bohaterka
Amanda – kobieta, psychopatka?, programistka



Fabuła:
Dana to początkująca stend-uperka, której jest na początku swojej drogi do wielkiej sceny i splendoru. Jest ona Mało znana w branży, nikt w zasadzie nie kojarzy ją z tym zawodem. Wszystko się jednak zmienia, kiedy Dana spotyka na swojej drodze Amandę. To wydawałoby się miła dziewczyna, która …no właśnie, zawsze jest jakieś, ale. Nasza bohaterka nie ma jak do tej pory szczęścia. Jej szanse na sukces są znikome. Wybijają się raczej faceci, kobiety no cóż, są zazwyczaj obiektem molestowania. Kiedy kobieta postanawia wziąć udział w konkursie, korty może rozwinąć jej karierkę, okazuje się, że w jury zasiada jej dawny oprawca. Komik wysoko postawiony, który molestował dziewczynę, zresztą nie tylko ją, ale wszystkie jakoś bały się zareagować. Kiedy któregoś dnia po kolejnym nieudanym występie w barze, kobieta zaczyna się zwierzać przypadkowo poznanej dziewczynie, jej życie zaczyna się zmieniać.
Nieoczekiwanie jest druga w konkursie, po którym kariera rozwija się w zastraszającym tempie.
Nasza komiczka nie jest może najlepsza, ale wiadomo jak mamy dobrą osobę, która nas pokieruje, poprowadzi za rękę, pokombinuje za nas, mamy szansę na wybicie się. I to właśnie spotyka naszą bohaterkę. Z jednej strony jej wybawienie napędza karierę, z drugiej okazuje się psychopatką i stalkerką.
Niestety więcej nie mogę napisać, bo za dużo musiałabym.



Podsumowanie:
„Kto się śmieje ostatni” to doskonały przykład jak my kobiety jesteśmy traktowane przez mężczyzn, jak niektóre zawody są faworyzowane przez płeć.
Mamy tu przedstawiony doskonały schemat ofiara – oprawca. Gdzie oprawca to facet a ofiara to kobieta. Amanda – choć jest tu czarnym charakterem – ma słuszne przesłanki, żeby wymierzyć karę oprawcom. Książka jest interesującym i nieprzewidywalnym thrillerem psychologicznym. Muszę przyznać, że początkowo trochę się nudziła, może dlatego, że spodziewałam się czegoś innego. Jednak powoli, powoli akcja się rozkręca i nabiera tempa.

poniedziałek, 7 października 2019

𝔈𝔤𝔷𝔢𝔨𝔲𝔱𝔬𝔯 ℭ𝔥𝔯𝔦𝔰 ℭ𝔞𝔯𝔱𝔢𝔯 -𝔠𝔷𝔶 𝔧𝔢𝔰𝔱𝔢ś 𝔫𝔞 𝔱𝔬 𝔤𝔬𝔱𝔬𝔴𝔶?

𝔈𝔤𝔷𝔢𝔨𝔲𝔱𝔬𝔯 ℭ𝔥𝔯𝔦𝔰 ℭ𝔞𝔯𝔱𝔢𝔯 -𝔠𝔷𝔶 𝔧𝔢𝔰𝔱𝔢ś 𝔫𝔞 𝔱𝔬 𝔤𝔬𝔱𝔬𝔴𝔶?
Chris Carter, kto czytał, chociażby jedną z jego książek ten wie, czego może się spodziewać. Kto nie czytała, no cóż, zaczyna czytać na własną odpowiedzialność. To moja trzecia przeczytana książka tego autora. Niby wiedziałam czego się spodziewać, a jednak autor mnie zaskoczył. Wiedziałam, że to będzie brutalne, wiedziałam, że krew itd. ale to co, dostałam, zryło mi mózg doszczętnie. Teraz chwila odpoczynku i następna czeka już w kolejce.





Fabuła:

Policja Los Angeles znajduje w kościele ciało księdza. Widok jest przerażający. Każdy, kto wchodzi z ekipy śledczej, uważa, że tak bestialskiego morderstwa nie widział świat. Ksiądz ma odciętą głowę a na jej miejscu zatknięty łeb psa. Wokół ofiary jest krew, jednak nie jest to krew księdza, jak się później okazuje. Detektyw Robert Hunter uważa, że to morderstwo rytualne, jednak kiedy ciał przybywa i nie mają one nic wspólnego z kościołem, detektywi szukają innego powiązania między zamordowanymi. Okazuje się, że łączy je jedno ich lęki. Zostają zabicie w sposób, którego najbardziej się boją, ich nocne koszmary i lęki stają się rzeczywistością.
Czy jednak tylko to łączy nasze ofiary? Czy na pewno nie miały ze sobą nic wspólnego?
Powieść czyta się błyskawicznie. Ponieważ znałam już inne książki tego autora, wiedziałam, że trzeba je czytać w weekend, bo wiadomo, że już nic innego się nie będzie liczyć. I oczywiście miałam racje, zaczęłam w sobotę późnym popołudniem, a w niedzielę już była przeczytana.
Język, kreacje bohaterów mistrzostwo świata. Zwroty akcji tak zaskakujące, że niejednokrotnie wbijały w fotel. Bardzo podobał mi się motyw wprowadzenia nowej postaci pani Kapitan, która jest bystra, stanowcza i nie daje się facetom.
Opis poszczególnych zdarzeń jest taki realistyczny, że niemal czujemy ból ofiar i wywraca nam się w żołądku, kiedy czytamy, jak wygląda miejsce zbrodni.
Fabuła jest dopieszczona i idealnie poprowadzona, żeby wyprowadzić w pole czytelnika.
Już mi się wydawało, że wiem, kto zabija, ale nie to niemożliwe. Zakończenie jak zawsze mistrzostwo świata, brak tchu i zaskoczenie.


Podsumowanie:

 
Miłośnicy thrillerów zapewne znają już to nazwisko, jeśli nie to czas to szybko nadrobić.
Natomiast ci, którzy nie są przekonani co do gatunku lub mają wrażliwe żołądki i dusze hmm, czytacie to na własną odpowiedzialność.
Ja po krótkim odpoczynku zabieram się za kolejną książkę Chrisa Cartera.

środa, 2 października 2019

🎀𝔖𝔷𝔠𝔷ęś𝔠𝔦𝔢 𝔫𝔦𝔟𝔶 𝔱𝔞𝔨 𝔪𝔞ł𝔬, 𝔞 𝔱𝔞𝔨 𝔡𝔲ż𝔬. 🎀

 🎀𝔖𝔷𝔠𝔷ęś𝔠𝔦𝔢 𝔫𝔦𝔟𝔶 𝔱𝔞𝔨 𝔪𝔞ł𝔬, 𝔞 𝔱𝔞𝔨 𝔡𝔲ż𝔬. 🎀
Często mówimy, nie mam szczęścia, tamci czy ten to ma szczęście. A czy przypadkiem to nie jest tak, że sami to szczęście w jakiś sposób przyciągamy lub odpychamy od siebie.
Myślę, że zmiany trzeba zacząć od siebie.







• Pozbywam się ludzi, którzy mogą być dla nas toksyczni.

 
Ja mówię o nich „LUDZIE BLUSZCZE” to tacy, którzy robią wszystko, są bardzo kreatywni, ale robią to kosztem i rekami innych. Potem najczęściej jest tak, że są za to jeszcze nagradzani. Wierzcie mi, że od kiedy pozbyłam się takich „przyjaciół”, mam więcej czasu dla siebie, jestem częściej zauważana i nagradzana przez szefa.
Kiedyś wyglądało to w ten sposób, że siedziałam, pracowała, a na koniec okazywało się, że osoba, która powinna mi pomóc, nie robiła nic, ale to ona została zauważona nie ja.
Byłam typem mróweczki, która siedzi cicho i pracuje za dwóch, a ktoś inny zbiera plony.
Od jakiegoś czasu powiedziałam NIE! DOŚĆ! Tak wiem kilka, osób się obraziło, kilka rozpowiada plotki, jaka to jestem wredna, że nie chce pomóc. No cóż, trudno, pozbyłam się kilku bluszczy i jest mi z tym dobrze.


Dbam, o prawdziwych przyjaciół

 
Prawdziwa przyjaźń jest potrzebna. Jest nam na pewno łatwiej, jeśli mamy świadomość, że możemy na kogoś liczyć. Takie znajomości należy bardzo pielęgnować i bardzo o nie dbać. Jednak pamiętajcie, że przyjaźń nie polega też na wykorzystywaniu. Przyjaciel zrozumie, jeśli powiemy nie, nie strzeli foch, nie obrazi się – zrozumie.
Prawdziwa przyjaźń to tez kompromisy, nie uległość.
• Nie obchodzi mnie „Co inni powiedzą”
Powiem tylko tyle, że już dawno nie interesuje się tym, co inni powiedzą. Ubieram się ta,k jak mnie się podoba. Robię to, co uważam za słuszne. Nie jest dla mnie ważne, żeby ludzie mnie lubili, nie muszę się nikomu podobać, najważniejsze, że czuje się dobrze sama ze sobą.


• Pielęgnuję to, co jest dla mnie w życiu ważne

 
Co to oznacza .
Doceniam to, co mam najlepszego w życiu. Zdrowe i mądre dzieci. Męża, który dba o nas. Mam pracę, która sprawia mi wiele radości. Staram się po prostu żyć jak najlepiej. Nie odkładać niczego na potem, bo to potem może nigdy nie nastąpić. Jestem już w dojrzałym wieku i cieszę się, że udało mi się w życiu tyle osiągnąć. Jestem mega dumna z moich dzieci, są oboje cudownymi ludźmi.

Wiadomo zdarzają się, również gorsze dni, też mam doła czasami i jest mi mega źle. Mam wrażenie, że nic mi w życiu nie wychodzi i jest najgorzej. Jednak ważne jest, żeby nie poddawać się złym nastrojom, walczyć z nimi z całych sił, iść na spacer, na siłownie, wywalić to z siebie i dalej pracować i walczyć o swoje szczęście.

Szczęśliwego dnia moi drodzy.